W najnowszym numerze Tygodnika Idziemy (22 listopada) refleksja na temat zmagania idei jakie odbywa się obecnie w naszej polskiej rzeczywistości.

Zapraszam do lektury:

Nie sposób nie zauważyć protestów jakie pojawiły się na naszych ulicach po ogłoszeniu przez Trybunał Konstytucyjny niezgodności z Konstytucją jednego z zapisów „ustawy o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży”. Zaangażowały one wszystkich – od lewicowych działaczek Strajku Kobiet po prawicowych publicystów, od ateistów po księży i biskupów. Trudno jednak nazwać te protesty jakimkolwiek rodzajem dyskursu – to raczej wulgarna i w wielu wymiarach prostacka wymiana ciosów. Jednakże już niewielu z nas zwróciło uwagę na dyskusje i protesty jakie ostatnio  odbyły się we Francji w związku z pracami legislacyjnymi mającymi na celu nowelizację ustawy bioetycznej tak, by pozwolić na genetyczne modyfikowanie embrionów, chimery i finansowaną przez państwo sztuczną prokreację dla lesbijek i samotnych kobiet. Bez echa przeszło też referendum w Nowej Zelandii dotyczące eutanazji, mocą którego zalegalizowano wspomagane samobójstwo. Za to z entuzjazmem przyjęto przyznanie Nagrody Nobla dwom uczonym – Emmanueli Charpentier i Jennifer A. Doudna – za opracowanie metody edycji genomu (CRISPR/Cas9 – Clustered Regularly Interspaced Short Palindromic Repeats). Mało kto jednak  zdaje sobie sprawę z tego, co kryje się za możliwościami ingerowania w ludzki genom. Niewielu pyta jakie jest ryzyko związane z uprzedmiotowieniem osoby ludzkiej w procedurze in vitro i wykorzystaniem biologii molekularnej (czyli właśnie nagrodzonych „genetycznych nożyc”) w tworzeniu chimer i hybryd – organizmów z mieszanym genomem: międzygatunkowym (pomiędzy zwierzętami różnych gatunków) i ludzko-zwierzęcym. Takie prace, wspomagane ogromnymi funduszami, dokonują się w wielu laboratoriach świata. Rzadko pada pytanie o moralną godziwość takich praktyk. A przecież za tymi działaniami kryją się konkretne koncepcje antropologiczne i etyczne – jak postrzegamy i oceniamy człowieka, rodzicielstwo, rodzinę, pragnienie posiadania potomstwa, granice medycznego ingerowania w ludzki genom? Czy w informacyjnym szumie i zalewie protestacyjnych scen przemknęło nam przez głowę: co i kiedy się stało, że obyczaj i kultura upadły tak nisko? Obecnie już na ulicy widać przecież procesy kulturowego regresu i cywilizacyjnej degradacji. Nie do końca chyba jednak rozumiemy, że to skutek, a nie źródło społecznych przemian.

Spojrzeć z dystansu

Skupieni na szczegółach nie dostrzegamy meta-społecznego wymiaru zmian. Dobrze ujął to francuski historyk Fernand Braudel (1902–1985), który w refleksji nad ludzkimi dziejami zaproponował wyrażenie: długie trwanie (fr. longue durée). Oznacza ono szeroką perspektywę czasową, w której dokonują się znaczące przemiany cywilizacyjne, kulturowe i religijne. W metodologicznej koncepcji Braudela dramatyczne wydarzenia polityczne (bitwy, wojny, katastrofy) stanowią najpłytszą warstwę historii, na głębszym poziomie znajdują się procesy gospodarcze (ekonomia, przepływ pieniądza, dynamika kapitału), natomiast przemiany cywilizacyjne, kulturowe i religijne budują poziom najgłębszy, który jest zarazem najważniejszy dla zrozumienia całości dziejów. Z szerokiej perspektywy większość wydarzeń politycznych jest nieistotna, a wręcz niezauważalna, sedno historii stanowi rozwój idei i ich celowa realizacja. Używając zaproponowanego przez Braudela terminu można powiedzieć, że dopiero z perspektywy owego „długiego trwania” można zobaczyć i ocenić owoce przemian wyznaczonych nie tyle historycznymi datami, ile politycznymi i filozoficznymi ideami. Ich zadziwiające, a czasem zatrważające konsekwencje, dostrzegamy już po czasie.

Współczesny upadek kultury chrześcijańskiej, dobrze ostatnio zdiagnozowany przez wielu autorów (B. Jastrzębski, Vestigia Dei; Rod Dreher, Opcja Benedykta. Jak przetrwać czas neopogaństwa; D. Rozwadowski, Marksizm kulturowy; J.-H. Herve, M. Berrebi, Przyszłość naszej wolności; B. Wildstein, Bunt i afirmacja) nie zaczął się kilkanaście lat temu. Jest wynikiem ekspansji i żywotności idei z XIX i XX wieku. To wtedy w filozofii i naukach społecznych (psychologii, socjologii, kulturoznawstwie, naukach politycznych) zaczęły pojawiać się prądy, które po stu latach przeobraziły społeczny świat. Ponieważ większość tych ideowych zmian dokonała się za sprawą europejskich filozofów i myślicieli (Hegel, Feuerbach, Marks i Engels, Comte, Darwin, Spenser, Nietzsche, Froud) to właśnie w Europie najłatwiej można dostrzec wyraźne znaki erozji tego, co przez wieki obowiązywało jako judeochrześcijańska kultura. Czyż wszystko, co udało się nam jako Europejczykom ostatnio stworzyć, to nie są nowe postacie starego barbarzyństwa – pogarda dla życia, relatywizowanie dobra, miałkość idei, przerost biurokracji, cyniczny pragmatyzm polityczny a ostatecznie lekceważenie wielkich narracji łacińskiej humanistyki Greków, Rzymian, średniowiecznych mistrzów?

Filozoficzni mocarze

Dziś szczycimy się największą zdobyczą naszego świata – wolnością – ale znowu, wielu z nas nie dostrzega, że pozornie tylko mamy do czynienia z darem wolności. Ta klasyczna kategoria oznacza rozumne działanie, aktywność poprzedzoną refleksją i wzmocnioną treściami kultury. Dziś nie mamy do czynienia wprost z wolnością, ile raczej z wciąż podsycanymi pragnieniami emancypacyjnymi, wyrażającymi się w chęci zaspokojenia przez człowieka wszystkich nowych potrzeb, popędów, kompulsji i nałogów, obsłużenia nieustannie mnożących się ludzkich dążeń i życzeń. W książce Nienawiść do świata Chantal Delsol celnie pokazuje, że sposobem na osiągnięcie tego, jest urządzenie świata na nadmiarze i marnotrawstwie. Jednak źródłem tych postaw nie jest sam konsumpcjonizm. Stało się coś szczególnego – kultura została potraktowana jako przedmiot swobodnego wyboru i użytku. Steiner Kvale opisując w historycznym kontekście dokonujące się cywilizacyjne zmiany ujął je w trzech metaforach – Kościół, Fabryka, Rynek (galeria handlowa) – jako symbolach trzech epok historii cywilizacji, trzech sposobów realizowania i utrzymania władzy w nowoczesnych społecznościach. Etap ostatni – Rynek – to maksymalna eksploatacja pragnień konsumentów, bo od tego zależy wzrost gospodarczy. Na obecnym etapie dziejów wszystko jest przekonwertowane na pieniądze.

Jednak to są już skutki. Zmiany ideowe, których obecnie jesteśmy świadkami, mają początek w filozofii (teorii bytu, antropologii, etyce) i to one przeobraziły obszary naszego życia. Kultura jest obecnie przestrzenią różnorodnych, często sprzecznych treści. Stała się relatywna i jej rolą nie jest już uczenie tego, co jest dobre, a co złe, co pożyteczne, a co szkodliwe i zdradliwe, co moralne, co zaś wstydliwe i niemoralne. Wydaje się, że jeszcze do połowy XX wieku kultura stanowiła egzystencjalne ramy, w których człowiek musiał się odnaleźć wchodząc w dorosły świat. Dziś można odnieść wrażenie, że wszystko uległo i wciąż ulega nieuchronnemu procesowi przemian wypierających albo wręcz degradujących tradycyjne wartości i tożsamości kulturowe. Stopniowe zmiany światopoglądu, a potem także praktycznych zachowań życiowych, rozpoczęły się na długo przed tym, czego doświadczamy dziś. Wspaniałym przykładem opisującym ukrytą moc idei i kształtowanie się treści wykorzystywanych potem w zmaganiach kulturowych, są książki: Donald Marco, Benjamin Wiker, Architekci kultury śmierci, (Warszawa 2014) i Benjamin Wiker, Dziesięć książek, które zepsuły świat. Ponadto pięć innych, które temu dopomogły, (Warszawa 2012). Wielu bohaterów tych pozycji to osoby nie znane szerszemu gronu (Ernst Haeckel, Simone de Beauvoir, Judith J. Thomson, Wilhelm Reich, Helen G. Brown, Margaret Mead, Margaret Sanger, Peter Singer), wiele tytułów książek przytoczonych przez autorów kompletnie nie jest dziś rozpoznawanych (Książe, Lewiatan, Utylitaryzm, Poza dobrem i złem, Państwo a rewolucja, Dojrzewanie na Samoa, Human Sterilization). Tyle tylko, że to właśnie między innymi ci ludzie i ich dziś zapomniane dzieła sprawiły, iż żyjemy w świecie medialnego prostactwa i moralnego barbarzyństwa. Czytając te książki można prześledzić drogę jaką przeszła kultura, od początkowo niszowych i zaskakujących swą kontrowersyjnością idei do stanu „unormalnienia i upowszechnienia dewiacji”. W tej wojnie idei to, co stało się w roku 1968 (roku rewolucji obyczajowej), pogłębiło tylko sekularne i relatywistyczne tendencje. Właśnie przez zwycięstwo, jakie w obyczajach i kulturze dokonało się za sprawą filozoficznych tez z zapomnianych książek zapomnianych autorów, następuje współczesny sukces nowych zachowań seksualnych, innych wzorów rodziny, stylów życia, form estetycznych, nieoczywistych tożsamości. To, co historycznie jeszcze stosunkowo niedawno (40–50 lat temu) stanowiło trudną do zrozumienia, a tym bardziej do zaakceptowania ekstrawagancję i było niszową subkulturą, teraz stało się racją dominującą. Społeczna i obyczajowa kontrkultura została spopularyzowana i zdemokratyzowana.

Społeczny infantylizm

Niestety zbyt rzadko zadajemy sobie pytania: co się stało z naszymi wspólnotami i rodzinami, co stało się w szkołach i na uniwersytetach, w mediach i polityce? Przyznajmy, już nie razi nas to, że wartością przestała być praca, oszczędność, umiarkowanie, wierność, uczciwość, samodyscyplina, prawdomówność, lojalność, sprawiedliwość. Być może wszyscy pogodziliśmy się z tym i może nawet jesteśmy z tego zadowoleni, że ideałem stał się wypoczynek, zamożność, wolność rozumiana jako absolutna emancypacja, rozrzutność, nieliczenie się ani z czasem, ani z ludźmi, ani z pieniędzmi. Kiedy zmieniło się nasze myślenie? W dużej mierze dokonało się to przez media. Wpływ massmediów to szczególny rodzaj skoku kulturowego ku wirtualizacji. To stworzenie przestrzeni, w której człowiek żyje tym, co dostarczają mu środki masowego przekazu i bierze to za „prawdziwą rzeczywistość”. Ludzie ukształtowani przez medialne obrazy, reklamowe slogany, wszechobecne anglicyzmy, zaniedbani edukacyjnie, a jednocześnie nieznający fundamentów kultury i literatury klasycznej, nie potrafią odnaleźć innych wzorów postaw, jak tylko te medialno-popkulturowe. Równolegle z tym pojawia się też problem dotarcia do ludzi młodych z sensownym przesłaniem. Utrudniają to ograniczenia percepcyjne osób ukształtowanych od najmłodszych lat przez przekaz obrazkowy i szybkie, krótkie komunikaty słowne. Młodzi nie są zazwyczaj w stanie przebrnąć przez dłuższe teksty dotyczące złożonych zagadnień, ani tym bardziej zrozumieć ich treści. Nienawykli do koncentracji i dłuższego skupiania uwagi, przyzwyczajeni do nieustannego bodźcowania, najchętniej odnajdują się migawkowych komunikatach, ale mają trudność w argumentacji światopoglądowej.

Medialno-konsumpcyjny świat wzmocniony cyfrowymi przeżyciami uruchomił proces infantylizacji. Młodzi dłubią w swoich przyklejonych do dłoni smartfonach w skupieniu właściwym przedstawicielom pokolenia, dla którego pełnym wszechświatem jest to, co widać na ekranach mobilnych urządzeń, nie zaś ta nędzna imitacja życia rozgrywająca się poza nimi, w której ludzie realizują normalną i nudną egzystencję. Zaszczepia się w populacji coraz więcej dziecięcych postaw, koncentrujących się na nieskończonych możliwościach wyboru (władza) i konsumpcji (realizowanie siebie). Infantylizacja kultury sprawia, że impuls zyskuje przewagę nad rozwagą, uczucie nad rozumem, dogmatyzm nad wątpliwością, zabawa i wypoczynek nad pracą, obraz nad słowem, wrażenie nad ideą, egoizm nad altruizmem, to, co prywatne, nad tym, co publiczne, a ignorancja nad wiedzą. Na naszych oczach dokonuje się dowartościowanie tandety względem głębi, symulacji kosztem rzeczywistości, rozrywki kosztem powagi, czasu traconego względem treściwego. Skutkiem jest odwrócenie porządku kultury, stworzonej przez ludzi dorosłych i dojrzałych, promującego odpowiedzialność wobec siebie i innych, racjonalność oraz panowanie nad sobą.

Kultura miejscem konfliktu

Krótka próba pokazania źródeł tego, co dzieje się w kulturze nie odzwierciedla znaczenia wojny idei jaka ma tu miejsce. W szkole i na uniwersytetach, w programach publicystycznych, nawet w ambitniejszych produkcjach mało mówi się o ideowych przyczynach zachowań, niegdyś barbarzyńskich i gorszących, dziś uznanych za normalne i powszechne. Nie zdajemy sobie sprawy jak przemożny wpływ na nasze życie ma niewidzialna siła filozoficznych tez i światopoglądowych założeń. Uważni obserwatorzy cywilizacyjnych zmian dostrzegają to, sygnalizują, nawołują do  debaty. Skutek jest raczej nikły. Strajk Kobiet, uliczne manifestacje i protesty na ulicach pokazują, że jesteśmy mocno zaangażowani w dyskusje światopoglądowe, ale na bardzo prymitywnym poziomie – nie dotykamy problematyki filozofii bytu, antropologii, fundamentów etycznych, społecznych konsekwencji przyjętych sposobów życia. Współcześnie czeka nas – mam wrażenie, że trwająca kilka dziesięcioleci – dyskusja na bardzo poważne tematy: seksualność (jej obyczajowość i normatywność), rozumienie płciowości, definiowanie małżeństwa i rodziny, rodzicielstwa i płodności, a ostatecznie i samego  człowieczeństwa, czego wyrazem są coraz bardziej zaawansowane badania i eksperymenty bioetyczne.

Jeśli zrozumiemy wagę tej problematyki i jej mechanizmy to nie powinno dziwić, że amerykański miliarder George Soros planuje finansowanie sieci uniwersytetów, które mają pomóc w walce z „autorytatywnymi rządami”. Jest to – mówił o tym podczas Światowego Forum Ekonomicznego w Davos na początku 2020 r. – najważniejszy i najbardziej trwały projekt jego życia. Przeznaczy na niego nawet miliard dolarów. Owe „nowe uniwersytety” mają promować otwartość i liberalny sposób życia.

Na koniec, uchwyciwszy, że najważniejsze zmaganie dokonuje się w sferze idei, warto postawić pytanie: czy nasi pasterze widzą konieczność tworzenia silnych i niezależnych finansowo ośrodków naukowych, wyższych uczelni, uniwersytetów i afiliowanych do nich seminariów duchownych? Czy rozumieją, że prawdziwa walka zaczyna się w zaciszach bibliotek i na salach wykładowych, a dopiero potem przenosi się na ambony i wiece? Czy zdają sobie sprawę, że bez filozofii jesteśmy bezradni zarówno w światopoglądowych dyskusjach, jak i zmaganiach na katechezie? Im szybciej zrozumiemy, że dziś polem walki jest kultura, tym może łatwiej przygotujemy się na to, co nadchodzi.