Dariusz Karłowicz przyzwyczaił nas do swojej aktywnej obecności w dyskursie społecznym. Jednak nie do tak dziś modnej – nachalnej, szybkiej i kontrowersyjnej – ale takiej, do której tęsknią jeszcze ci, co głodni są nie publicystycznej przepychanki, ale ciekawego dyskursu. Cieszy zatem, że Karłowicz raz na jakiś czas przypomina w książkach swoje refleksje i myśli zbierając publikowaną w ostatnich latach twórczość. Można dzięki temu zobaczyć na nowo problemy i pytania przed którymi stawaliśmy jako społeczeństwo i naród. Taki charakter ma również jego wydana niedawno książka: Teby-Smoleńsk-Warszawa. O złudzeniu nietragiczności polityki. To pozycja, w której nie ma taryfy ulgowej przyjaznych wstępów. Autor od razu konfrontuje nas ze sprawą nie tylko już zapomnianą, ale przede wszystkim niechcianą, smutną i wstydliwą. Rzetelnie, a jednocześnie z literackim smakiem, przywołuje smoleńską tragedię i akt odrzucenia polityki pojętej jako odpowiedzialność za całość. Przypomina skutki zlekceważenia podmiotowości narodu i powagi państwa przez plemienne walki. Jednak Karłowicz nie czyni tego, by wskrzeszać demony wojny domowej i na nowo rozpętywać i tak nie wygasłe konflikty. Wręcz przeciwnie – chce wrócić na Smoleńskie lotnisko, odtworzyć obraz Krakowskiego Przedmieścia wypełnionego zapłakanymi tłumami, chce wspomnieć jedynego króla jakiego miała powojenna Polska, podkreślić fenomen miłosierdzia i solidarności – ale z perspektywy dziś nieobecnej, wręcz nieznanej. Zaprasza do spojrzenia na społeczeństwo, politykę, nasze wybory i nas samych ze źródeł europejskości – z Grecji i Rzymu. Pragnie abyśmy poczuli wiatr z Tracji nabrzmiałej dylematami Antygony, Kreona i Hajmona i zrozumieli, że Polska nie jest i nie może być postrzegana w kluczu zwarcia – barbarzyński Wschód (Rosja) i nowoczesny Zachód (Niemcy) – ale w osi Północ-Południe (Rzym – Warszawa). Przypomina, że czytając mickiewiczowskie wersy jesteśmy łacinnikami z Soplicowa, konfederatami pragnącymi wolności i niepodległości, by ostatecznie móc w spokoju realizować swoje prozaiczne marzenie o polskiej sielance.

Dlatego w tych tekstach odnajdziemy ważne pytania – o ład świata, o nieuchronną tragiczność polityki, o mechanizm kserowania modernizacji i ból transformacji, o zapomniany metajęzyk społecznego dialogu, dojrzałą religijność bez doświadczenia której nie pogodzimy się z faktem, że rzeczywistość przekracza naszą zdolność pojmowania świata. Wybrzmiewa przestroga przed pokusami zapominania własnej historii. Bo Karłowicz już od wielu lat pokazuje nam, że rozumie polityczność tak, jak widzieli ją jej twórcy – starożytni Grecy. Nie jako walkę frakcji o doraźny interes, ale poszukiwanie dobra i prawdy w pytaniach o odpowiedzialność i obywatelskość. Chce uznania w refleksjach o wspólnocie racji przekraczających doczesność, szuka słów jakie nieustająco mówi Antygona współczesnym Kreonom, politycznym hegemonom za nic mającym wieczne prawa wspólnoty. Obok nas wyrasta bowiem cały zastęp ludzi, którzy chcą za wszelką cenę zapomnieć o epifanii przygodności (jej obrazem w ostatnich miesiącach stał się coronawirus), ślepo wierząc w dogmaty oświeceniowej cywilizacji i techniki.

Znajdziemy więc w tej książce rozważania o Polsce czynione z głębi fundamentalnego pytania o tożsamość. Dziś po latach widać już wyraźnie jak wbrew licznym komentatorom i publicystom Karłowicz potrafi przekonująco pokazać, że na stop polskości składa się rzymski katolicyzm, republikanizm i łacińskość. Gdy w szale nowoczesności kserowanej od oświeceniowych elit o tym zapomnimy, gdy zaniedbamy refleksję nad własnym losem i historią, to dla coraz większej rzeszy naszych rodaków polskość może stać się niezrozumiała i ekscentryczna. Swoją książką po raz kolejny zatem zaprasza nas Dariusz Karłowicz do refleksji, do oddalenia się od bieżących, nawet ważnych, ale często płytkich zmagań. Chce, byśmy zwrócili się ku starożytnym bohaterom i autorytetom słuchając w teraźniejszości ważnych głosów z dalekiej Tracji. One mogą nam naprawdę pomóc.