Zauważmy, że tezą, która na naszych oczach podlega poważnej rewizji jest twierdzenie, iż państwa narodowe stanowią ostatecznie realne zagrożenie dla liberalnej demokracji. W Polsce od początku lat dziewięćdziesiątych wiele opiniotwórczych środowisk przekonywało nas, że jedyną właściwą nadzieją dla świata jest stworzenie post-narodowego, wielokulturowego i kosmopolitycznie liberalnego społeczeństwa. Szczególnie po integracji europejskiej w 2004 roku pojawiły się opinie, że w atmosferze wolności przemieszczania się oraz swobody pracy, tradycyjne i mocne do tej pory siły społeczne i polityczne – rodzina, stowarzyszenia, wspólnoty cywilne i religijne, a ostatecznie i narody – zaczną tracić na znaczeniu. Ich tożsamościowa siła powinna osłabnąć, ponieważ polityka zjednoczenia mocno akcentuje racje pluralizmu wielokulturowości i europejskiej obywatelskości. Co więcej, przez kilkanaście lat wiele medialnych środowisk straszyło nacjonalizmem, jako realnym zagrożenia na odrodzenie się totalitarystycznych demonów XX wieku. Kategoria narodu w oczach wielu stała się niebezpieczną ideą, która nieopanowana, a wręcz niewyeliminowana z życia społecznego, podważy liberalne ideały. Publicystyczne wpisanie pojęcia narodu i racji narodowych w klucz nacjonalizmu sprawiło, że mówienie o interesie narodowym i jego pierwszeństwie jest podważeniem ducha uniwersalnej Europy przekreślającym marzenia o europejskiej jedności. Stąd dla wielu osób każda teoria głosząca, że wiążącym czynnikiem społecznym jest wspólnota pochodzenia i języka a także wspólna historia, jest nie do przyjęcia, a tym bardziej do zastosowania w praktyce. Państwo narodowe jest irracjonalnym, romantycznym i utopijnym mitem grożącym marzeniami o naturalizmie i kolektywizmie.

Zachęcam do lektury mojego artykułu w tygodniku Idziemy: Między kosmopolityzmem a patriotyzmem